Wow, kolejny emo post, wow, wow, WOW!
Więc, więc... o czym ja chciałam... A! Już pamiętam.
Tak więc ostatnio moje życie zaczyna się stopniowo kruszyć. Dowiaduję się o mojej rodzinie coraz więcej nieprzyjemnych rzeczy, w klasie zaczynam przestawać istnieć, oraz mam depresję. Tak mało rzeczy, a mnie zrujnowało... kompletnie.
Mam już serdecznie dość. Zaczynam czuć jak powoli moja dusza opuszcza ciało. Nie mam na nic chęci, najchętniej bym leżała w łóżku i słuchała muzyki. Lub jeszcze lepiej... żebym się położyła i usnęła na jakiś czas... tydzień... miesiąc... rok? Siedzę w szkole tylko z przymusu i tak naprawdę nic w niej nie robię, nawet nie gadam z rówieśnikami... No dobra, gadam, ale w znikomych ilościach. Zazwyczaj jestem zwyczajnie olewana. Ludzie ze mnie kpią, a gdy postanawiam się bronić źle się dla mnie wszystko kończy. Stopniowo zaczynam się poddawać. Mam ochotę płakać, ale nie jestem w stanie. Mogą zebrać mi się łzy w kącikach oczu, ale nie mogę wybuchnąć płaczem. Mimo to nie jestem też w stanie się uśmiechać. Tylko raz na jakiś czas się sztucznie uśmiechnę by z pozoru zachowywać optymizm... jednak dla pesymistki to jest cholernie trudne... Gdy ludzie nie zwracają na mnie uwagi siadam w kącie obojętnie badam wszystkich wzrokiem i próbuję wyłapać czym takim różnię się od tych wszystkich, którzy mnie ignorują. To dlatego, że cicho mówię? Bo nie lubię zachowywać się jak plastik? Bo mam bladą cerę? Bo pochodzę z lekko biednej rodziny i nie stać na telefon za 2 000 złotych? Bo interesuję się kulturą Japonii i kocham dzieła z XIX wieku? Bo gardzę gimbusami-plastikami? Powiedzcie mi... Pierwszego dnia po Wielkanocy okaże się czy będą mnie faszerować lekami, nic mi nie jest, czy nawet trafię do szpitala. Oczekiwanie na to mnie przeraża, ale mam też wrażenie, że... nawet jeśli wyląduję w szpitalu nikt za mną nie będzie tęsknić, a po klasie rozniesie się plotka na mój temat, która potem nie pozwoli mi wrócić do szkoły(już tak było z jedną dziewczyną z mojej klasy. Nie znałam jej dobrze, ale wyraźnie widziałam jak ją traktowali)
Zaczynam nawet tworzyć różne teorie... że jeśli coś mi się stanie... będę miała jakiś wypadek, który źle się dla mnie skończy, jednak będę dalej żyła, to nikt o mnie nie zadba... tylko i wyłącznie najbliższa rodzina... możliwe nawet, że tylko moja matka się tym przejmie. Za to... jeśli bym umarła... z powodu starości, choroby, wypadku, samobójstwa... czuję, że... nikt by się nie przejął. Poczuliby jakąś pustkę, trochę popłakali nad moim grobem, a potem by zaczęli o mnie zapominać. Skąd jestem tak tego pewna? Cóż... w mojej rodzinie od 7 lat ciągle ktoś umiera, ciągle! Coraz częściej dostajemy informacje o śmierci kogoś po czym jeździmy na pogrzeby... Nie raz gdy byłam na pogrzebie kogoś... ani razu nie uroniłam łzy. Zdarzało się nawet, że nie pamiętałam kim ta osoba była, co miała wspólnego z moją rodziną, czy ją kiedykolwiek widziałam na oczy... Poza tym nim się urodziłam zmarł mój dziadek, a gdy mój brat(28 lat) miał 2 lata tragicznie zmarł mój stryjo, który był tylko 2-3 lata starszy ode mnie teraz. O dziadku wiedziałam od kiedy tylko jestem świadoma, czyli od kiedy skończyłam 3 lata. O stryju za to się dowiedziałam kilka lat później, bo prawie nikt o nim nie wspominał. Mój tata nigdy mi nie mówił, że miał młodszego brata, który zmarł... Dlatego też jestem tak pewna o tym, że kiedyś o mnie zapomną.
Czasem mam wrażenie, że świat, w którym żyję to tylko iluzja... że tak na prawdę jestem w głębokim śnie i że kiedyś się przebudzę, a tu okaże się, że wciąż mam 7 lat(wtedy wszystko stopniowo zaczęło się kruszyć) i gdy się przebudzę wszystko zacznę od zera. Może będę pamiętać ten "sen", może nie, ale jeśli tak by było naprawdę... to mimo, że mogłabym wszystko naprawić... to boję się, że mogę nie dojść do miejsca gdzie teraz jestem. Może się okazać, że moje życie potoczy się zupełnie inaczej i nie będę już sobą... tą, którą jestem teraz.
Jezu... i wy to przeczytaliście? xD
Przepraszam za emo wpisy, ale inaczej nie umiem ;o;













.jpg)
.png)











